Kanał RSS
Kanał RSS

Czy dr. Jarosław Domagała wspiera analfabetyzm muzyczny?

Walka z analfabetyzmem muzycznym
Czy dr. Jarosław Domagała wspiera analfabetyzm?

Czy dr. Jarosław Domagała wspiera analfabetyzm muzyczny?(Raport do pobrania w formie PDF)

Czy muzyk, nauczyciel, obecnie dyrektor szkoły muzycznej w Gąbinie wspiera analfabetyzm muzyczny? Jako nauczyciel i obecnie dyrektor szkoły muzycznej w Gąbinie powinien walczyć z analfabetyzmem muzycznym, który jest powszechny wśród polskich dzieci.

Zacząłem szukać informacji o dr. Jarosławie Domagale. Impulsem był przypadkowo przeczytany artykuł w Gazecie Lokalnej  Kutno i Region. Przeczytałem  na kucieńskim portalu artykuł o tzw. wojence w Gostyninie, gdzie burmistrz Śniecikowski, odwołał dyrektora szkoły  podobno bezbrawnie. Taki można wysnuć wniosek po przeczytaniu tekstu. Według mnie mylny. Czy autor tekstu wprowadza świadomie w błąd swoich czytelników? Czy manipuluje informacjami?

Wytłuszczonym drukiem czytamy, że dr. Jarosław Domagała został odwołany ze stanowiska dyrektora szkoły muzycznej w Gostyninie niezgodnie z prawem.

Burmistrz Śniecikowski jest tu przedstawiany jako człowiek, który wykorzystuje stanowisko do szykanowania niewinnego człowieka. Rozpocząłem swoje śledztwo, a raczej przez wrodzoną ciekawość chciałem dotrzeć do materiałów dotyczących tej sprawy. Dlaczego? Ponieważ w naszej fundacji postawilśmy sobie za cel, walkę z analfabetyzmem muzycznym, i zamierzamy nagłaśniać, walczyć ze wszelkimi patologiami szczególnie w szkołach muzycznych. Przyglądać się tym instytucjom, zbierać informacje od rodziców i potem nagłaśniać i piętnować wszelkie patologie.

Kilka dni temu rozmawiałem z ojcem chłopca, który zdawał do szkoły muzycznej w pewnym dużym wojewódzkim mieście. Rodzina nie ma tradycji muzycznych, ojciec postanowił, że dla jego pociechy niezbędne dla gruntownej edukacji jest, również wykształcenie muzyczne.
- Dziecko nie zdało egzaminu. Po nim podeszła do mnie - opowiadał ojciec -  pani z komisji egzaminacyjnej i zaproponowała udział dziecka w zajęciach muzycznych, w których maluch zostanie przygotowany do egzaminu. Jedynie rodzic zmuszony jest opłacić w kwocie 790 złotych nieopodatkowanej cykl zajęć. Pani w zawoalowany sposób wspomniała, że w pażdzierniku dziecko powinno się dostać do szkoły. - stwierdził ojciec.
- Widzisz Sławek - dodał smutno - muszę zapłacić haracz!

 Po tym zacząłem zadawać pytania innym osobom, których pociechy chodzą lub przeszły przez szkoły muzyczne. np.  pewna znajoma mama dwunastoletniej Ani stwierdziła:
- rodzice dzieci uczęszczający do szkoły muzycznej zmuszani są do wpłacania "dobrowolnych" składek na rzecz szkoły, w ramach wspierania edukacji swoich pociech. Pieniądze na różne sposoby są od nas wyciskane. - z żalem stwierdziła, i po chwili dodała -  A to na korepetycje, bo dziecko ma opóźnienie w materiale i może nie zdać do następnej klasy, a to na wypożyczanie instrumentów. I wszystko w szkołach państwowych finansowanych z naszych podatków, nie w szkołach prywatnych. Na koniec stwierdziła:
- Tylko nie mów nikomu o tym, bo mi dziecko zniszczą!

 Patologia! Wszystko w majestacia prawa, szantażu emocjonalnego i nie tylko, przecież nikt się nie przeciwstawi władzy absolutnej? Czy ktoś będzie chciał narazić swoje dziecko na szykany? Dlatego rozumiem, że rodzicie z tym nie walczą, a ci co z tego korzystają mają pewność zmowy milczenia. Bagno!

A wracając do Gostynina, to po przeczytaniu tekstu "W Gostyninie trwa wojenka" wszedłem na strony urzędu miasta i ku swojemu zaskoczeniu odnalazłem raport z kontroli przeprowadzonej w szkole. Jest zawieszony w formie pliku PDF, dostępny dla wszystkich. Przeczytałem, można sobie ściągnąć.

Zastanawia mnie jedno, dlaczego wnikliwy dziennikarz, który napisał wspomniany przeze mnie tekst nie dotarł do tego raportu? Czy świadomie opowiada się po czyjejś stronie? Czy napisał tekst na zlecenie byłego już dyrektora gostynińskiej szkoły Jarosława Domagały?

Tu w naszym serwisie zamierzam przeprowadzić nasze śledztwo, dotrzeć do wszystkich stron.

Raport przeprowadzony w szkole muzycznej w Gostyninie jest dokumentem, który pewnie gdyby był sporządzony nierzetelnie byłby zaskarżony przez dr. Jarosława Domagałę, a że nie został, to wnoszę, że dr. Jarosław Domagała zgadza się z wnioskami w nim zawartymi. A to znaczy, że trzeba postawić pytanie:

Czy dr. Jarosław Domagała wspiera analfabetyzm muzyczny w Polsce?

W kolejnych artykułach upublicznimy cały raport. Zadamy wielu osobom, które miały w tym udział swoje pytania, ponieważ na patologię nie wolno nam przyzwalać.

Raport z kontroli w szkole muzycznej w Gostyninie jest precedensem i dlatego warto tą sprawą zająć się wnikliwie. Może to co wydarzyło się z Gostyninie stanie się dla innych wzorem do likwidowania patologii szerzącej się w szkołach muzycznych, a nie jak to ma często dziś miejsce wspieranie jej.

 


Komentarze

Minęło już trochę czasu od zdetronizowania Pana Domagały. Nie wtracałam swoich trzech groszy, jakoś tak z boku przygladałam się sprawie. Niesłusznie. Dziś powiem tak. Moje dziecko chodziło do ogniska muzycznego i płaciłam każdego miesiąca ustalona kwotę - z reki do ręki. Bez pokwitowań. Pewnie dziś bym tego nie udowodniła, ale wtedy myślałam, że tak powinno być i odbywa sie to zgodnie z prawem. Rodzice chcą kształcić dzieci i rzadko myślą o takich drobiazgach jak kwity za wpłaty. Zreszta nie mam problemów finansowych i nawet się nad tym nie zastanawiałam. Dziś podobno Pan ten jest Dyrektorem Szkoły w Gabinie. Podobno bardzo hołubiony przez władze. U nas też tak było. Do czasu. Despotyczny i "roszczeniowy" sposób bycia tego pana da się i im we znaki. Włodarze poznają go pewnie dopiero po kilku latach. To nie tylko władze Gostynina miały go dość. Umilił też życie Dyrektorowi Szkoły Podstawowej i innym. Rozbuchane ego tego Pana, przekonanie o swojej wielkości i brak podporządkowania się komukolwiek - to główne cechy bohatera tego tematu. Myślę, że Gostynin oduczył go brania dodatkowych pieniędzy do własnej kieszeni. Ale charakteru nie zmieni. Swoje zasługi podniesie pod niebiosa. Innych zepchnie do roli osób mu podporządkowanych. Nawet nie zorientują się kiedy. A przec9ież nie jest laureatem wielkich, znaczących konkursów. Raczej jest humanistą. Dobrze grających lub śpiewających znajdzie się w naszym kraju bardzo, bardzo dużo muzyków czy solistów. Co do Gąbina jeszcze raz. Sukcesy będą, jesli są tam dobrzy nauczyciele. Ale ile osób upokorzy, poniży, zlekceważy - wielki dyplomata i spryciarz Pan. D. ? Tyle, na ile pozwolą władze tego miasta i na ile odważni są dyrektorzy innych instytucji. A na razie niech się zachłystują - euforia minie.

To jak widac w polskim szkolnictwie norma, że ludzi okrada się z normalności.

Umieszczam cały tekst, który znalazłem w lokalnej prasie o dyrektorze Jarosławie Domagale.

W Gostyninie trwa wojenka

Jarosław Domagała został niedawno odwołany przez burmistrza Gostynina ze stanowiska dyrektora miejscowej Szkoły Muzycznej. Jednak wojewoda mazowiecki stwierdził nieważność zarządzenia burmistrza. J. Domagała powiedział nam, że burmistrz Gostynina zataił przed nim decyzję wojewody.

- Po tym jak złożyłem skargę na burmistrza Śniecikowskiego wojewoda podjął decyzję o wstrzymaniu wykonania zarządzenia, jednak burmistrz nie poinformował mnie o tym fakcie. Niezaznajomione zostały również z tym Rada Pedagogiczna, Rada Rodziców Miejskiej Szkoły Muzycznej I st. w Gostyninie oraz Rada Miejska w Gostyninie, mimo iż 10 maja odbyła się sesja w całości poświęcona sytuacji w MSM - mówi Jarosław Domagała.

Włodzimierz Śniecikowski, burmistrz Gostynina, przebywa obecnie na urlopie. Dlatego nie udało nam się poprosić go o komentarz do tej bulwersującej sprawy. Nie wiadomo także, czy Jarosław Domagała powróci na dawne stanowisko. Zwolniony dyrektor uważa, że działania p.o dyrektora powinny być z nim konsultowane. - Pełniący obowiązki dyrektora nie ma uprawnień do zatrudnienia pracowników w roku szkolnym 2010/11, zwalniania pracowników czy choćby udzielania kar porządkowych, a dopuścił się takich czynności. Powinienem wiedzieć o wszystkich decyzjach - komentuje Domagała.

Dlaczego Jarosław Domagała stracił pracę? Burmistrz uważa, że szkoła była źle zarządzana.

- W szkole pod koniec ubiegłego roku przeprowadzona została kontrola, której przedmiotem było prześledzenie spraw związanych z gospodarką finansową i administracyjną placówki - powiedział nam przed swoim urlopem Włodzimierz Śniecikowski. - Wykazała ona szereg nieprawidłowości. Chodzi o daleko posuniętą niegospodarność. Np. wypożyczanie za odpłatnością szkolnych instrumentów, które są własnością gminy, przywłaszczenie pieniędzy z darowizny od szkoły muzycznej z Langenfeld. W szkole działało, wbrew prawu, Gostynińskie Towarzystwo Kulturalno-Naukowe, które było po prostu firmą. Jak w szkole może działać firma, której prezesem jest dyrektor miejskiej placówki. Do tego prowadzona tam była działalność gospodarcza z wykorzystaniem mienia publicznego. Nauczyciele brali od uczniów pieniądze za naukę.
- To wszystko nieprawda - twierdzi J. Domagała. - Instrumenty były wypożyczane uczniom za darmo, pieniądze przekazane z Langenfeld, to była darowizna od jednego z rodziców uczniów z Niemiec na rzecz dzieci szkoły w Gostyninie i została wykorzystana zgodnie z wolą darczyńcy. Zakupiono za nie instrument na potrzeby Zespołu Muzyki Dawnej działającego w naszej szkole. Natomiast stowarzyszenie działało zgodnie z prawem i miało pomóc w pozyskiwaniu środków na działalność koncertową i konkursową szkoły. Nie prowadziliśmy żadnej prywatnej działalności gospodarczej. Kompletną bzdurą jest to, że niby nauczyciele brali pieniądze od uczniów za naukę. W szkole nie działało żadne prywatne muzyczne ognisko muzyczne, tak jak twierdzi burmistrz.

Czy można egzaminować z czegoś dzieci o czym nie mają pojęcia? Jakże to jest nieuczciwe i otwierające drogę różnym patologiom, o których pisze autor w powyższym komentarzu!! Byłam nauczycielem w PSM I st. i wiem na czym te egzaminy polegały. To czysta fikcja. Zdają dzieci, których rodzice mają układy albo wcześniej są przygotowane do takiej szkoły przez nauczycieli w nich pracujących. Oczywiście nie można oskarżać wszystkich placówek artystycznych w kraju, ale w większości tak się dzieje. Dzieci pracowników szkoły, artystów, znanych celebrytów mają zagwarantowany zdany egzamin wstępny. Dlatego wymyśliłam zerówki muzyczne, które działałby przy każdej PSM I st, zamiast egzaminów wstępnych. Rok obserwacji wyłoniłby prawdziwe talenty. Byłam prekursorką takich zerówek, ale niewiele placówek z takiej formy egzaminu skorzystało. A szkoła, bo pewnie straciliśmy setki prawdziwych Janków Muzykantów.

Miałam w podstawowej szkole ogólnokształcącej dwie wybitnie umuzykalnione dziewczynki, Sarę i Agnieszkę. To były uzdolnione wszechstronnie pierwszoklasistki, absolutnie słyszące, czujące muzykę, śpiewające pięknymi czystymi głosami, utalentowane tanecznie,rytmicznie, aktorsko, z rączkami stworzonymi do grania na fortepianie. Chyba były to najzdolniejsze dzieci, jakie spotkałam w swojej karierze nauczycielskiej. Namówiłam rodziców, żeby ich córki zdawały do szkoły muzycznej. Byłam zszokowana, kiedy dowiedziałam się, ze obie dziewczynki nie zdały! Poszłam do dyrektora zapytać w wyniki egzaminu, i okazało się, że dziewczynki dostały wysokie oceny a jednak nie dostały się. Dyrektor zwyczajnie plątał się w zeznaniach, bo zdały dzieci z gorszymi wynikami. Gdyby rodzice chcieli to sprawa ta kwalifikowała się do sądu. Szkoła by przegrała, bo nadużycie było ewidentne, ale dzieci nie miały by potem życia. Piszę to z całą odpowiedzialnością, bo wiem, jak w szkole potrafią "umilić" życie dziecku i rodzicom, na które się zawezmą. Do szkoły dostała się córka jednej z nauczycielek, słaba i głucha jak pień. Oczywiście nie skończyła szkoły, bo to nie było jej miejsce życiu. Takie dzieci same wykruszają się w 2, 3 klasie albo ciągnięte za uszy ukończą edukację muzyczną na podstawówce.
Ale żeby nie marnować pustych miejsc, to wskakują na nie prywatne produkty nauczycieli z danej szkoły ( prywatni uczniowie lub z fundacji też drogo opłacanej) I to się nazywa szkoła państwowa?? Chcesz się dostać do PSM II st. płać ( na tej samej zasadzie), aby dostać się wyższej szkoły muzycznej to już są inne stawki, które rosną wprost proporcjonalnie.

Kursy, konkursy, festiwale wszystko za KASĘ! Czytałam w Rzeczpospolitej, że nawet pierwsza nagroda w ostatnim konkursie chopinowskim, to podopieczna przewodniczącego jury. Ciekawe ile musiała zapłacić na kursie, że tak dobrze ją profesor J. przygotował. Moim zdaniem mógł lepiej, bo byli o wiele lepiej grający pianiści! Publiczność w Filharmonii Narodowej buczała a ja razem z nią, jak zostały ogłoszone wyniki. Czy świat sztuki musi być też jedną wielką korupcją wynikającym z układów?

Jak szef jury uczył laureatkę Awdiejewą

Izabela Kacprzak, Piotr Nisztor 29-10-2010, ostatnia aktualizacja 29-10-2010 02:58

Dwa miesiące przed Konkursem Chopinowskim prof. Andrzej Jasiński udzielał lekcji pianistce, która zdobyła Grand Prix

Przyznanie Grand Prix XVI Konkursu Chopinowskiego Juliannie Awdiejewej, 25-letniej Rosjance, wywołało kontrowersje. – W tym roku wybrano nie Chopina, ale pianistkę – mówił Adam Rozlach, krytyk muzyczny, dziennikarz Polskiego Radia. – To nieoczekiwany werdykt – wtórowała mu prof. Alicja Kledzik z poznańskiej Akademii Muzycznej im. Ignacego Jana Paderewskiego.

Zmieniono regulamin

Rozlach podniósł też, że w trakcie konkursu przed ostatnim posiedzeniem jury zmieniono jego regulamin. Jurorzy już nie dyskutowali, tak jak podczas poprzednich konkursów, o uczestnikach i nie oceniali ich udziału we wszystkich etapach, tylko ograniczyli się do ostatniego ich występu i do oceny punktowej. – Gdyby trzymano się pierwotnej zasady, wyniki byłyby inne. Jestem o tym przekonany – stwierdza w rozmowie z „Rz” Rozlach.

Relacja z mistrzem

Pojawia się i inna niezręczność. Zgodnie z regulaminem konkursu członkowie jury nie mogli oceniać swoich studentów. Musieli złożyć oświadczenie zawierające listę nazwisk tych konkursowiczów, których uczyli. Regulamin precyzuje, że chodzi o osoby, które m.in. są lub były studentami jurora w czasie dłuższym niż rok. Z oceny własnego studenta wycofał się np. juror Adam Harasiewicz, który równocześnie jest nauczycielem występującego w konkursie Austriaka Ingolfa Wundera.

Jednak pojęcie to „nie obejmuje relacji uczestnika z jurorem w ramach kursów mistrzowskich” – zaznaczono w regulaminie.

– Byłoby lepiej, gdyby był obowiązek wyłączania się także w takich przypadkach – twierdzi prof. Andrzej Jasiński, przewodniczący jury, choć sam taki kontakt z laureatką miał.

Na początku sierpnia prof. Jasiński, pedagog Akademii Muzycznej w Katowicach prowadzący kursy pianistyczne w wielu ośrodkach muzycznych świata, miał sześciodniowy kurs mistrzowski zorganizowany przez Wyższą Szkołę Muzyczną w Lubece (Niemcy). – Na zajęcia zapisała się Awdiejewa. Udzieliłem jej może dwóch, trzech lekcji po pół godziny. Odbywały się przy wszystkich, bez żadnej korupcji czy czegoś podobnego. Lekcja wygląda tak, że wszyscy przez pół godziny słuchamy, jak gra dana osoba – podkreśla.

Ile zarobił? – Nie chciałbym o tym mówić, by nie robić sensacji – uciął.

Podobne kursy organizują uczelnie muzyczne na całym świecie. Każdy uczestnik kursu musi wpłacić wpisowe – od kilkuset do kilku tysięcy euro. W czym więc problem? Prof. Roman Lasocki, prorektor ds. artystycznych Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie, przyznaje, że w niektórych konkursach międzynarodowych wyłącza się członka jury, jeśli miał powyżej dwóch lekcji mistrzowskich w ciągu roku z osobą, która startuje w konkursie. Zapewnia jednak, że prof. Jasiński jest osobą „patologicznie uczciwą, o krystalicznych zasadach”. – Może zapomniał o tym wspomnieć, może wydało mu się to nieistotne – dywaguje prof. Lasocki, który podkreśla w rozmowie z „Rz”, że jest przyjacielem prof. Jasińskiego.

http://www.rp.pl/artykul/556228.html

Izabela Dębicka Ja akurat nie doświadczyłam takiej atmosfery, zarówno jako uczennica szkół muzycznych, a później nauczycielka. Ale już podczas zdawania na AM byłam świadkiem opisywanych przez Panią zjawisk. Tak było w Krakowie, nie wiem jak w innych uczelniach. BYłam i do tej pory jestem zszokowana (jako pracownik akademicki), jak można od absolwenta szkoły muzycznej żądać czegoś, czego nie uczyło się wcześniej (np. dyrygowania), co nie było przewidziane programem kształcenia muzycznego w PSMII st. ? Żeby móc z tego zdać egzamin, trzeba było uprzednio zapisać się na prywatne lekcje. Podobnie w przypadku zdawania do klas instrumentalnych. Takie informacje ciągle do mnie docierały. Jednak nigdy nie myślałam, że jak w pierwszej kolejności dostał się syn, czy córka pracownika akademickiego, to dlatego że po znajomości. Wydawało mi się, że skoro pochodzi z rodziny muzyków, to od najwcześniejszych chwil swojego życia miał b. dużo zróżnicowanych doświadczeń muzycznych i faktycznie posiada ponadprzeciętne umiejętności i zdolności.Gdy sama byłam w komisji egzaminacyjnej w trakcie rekrutacji do SM I st.również nie byłam świadkiem przyjmowania po znajomości.Owszem, zdawały dzieci nauczycieli, ale ja nigdy wcześniej o tym nie wiedziałam; dopiero później dowiadywałam się o tym.Natomiast nie zapomnę mojego komentarza w trakcie jednego z takich egzaminów; w pewnym momencie wchodzi śliczna dziewczynka, harmonijnie zbudowana, rozluźniona, uśmiechnięta. Widać było na odległość, że jest dobrze skoordynowana, skoncentrowana, niestremowana. I zanim zaczęłam ją przesłuchiwać, prawie że wykrzyknęłam: "OOoo, ta dziewczynka dopiero uzdolniona!". Nagle poczułam, że ktoś kopie mnie pod stołem. Okazało się, że to koleżanka pianistka, która siedziała obok mnie w komisji. Szepnęła do mnie na ucho: "Ciiiii, przestań, przecież to córka dyrektora":) Co tu dużo mówić, ona najlepiej wypadła na egzaminie;i nie sądzę, ze była intensywnie przygotowywana, bo zadania nie były jakieś szczególnie skomplikowane. Dziewczynka była po prostu zdolna.W tym roku do SM, do klasy skrzypiec zdała moja siostrzenica.Pomimo tego, że członkowie komisji egz. rozpoznali matkę i ciotkę dziewczynki (czyli mnie i siostrę), nie było mowy o jakimkolwiek przyjmowaniu po znajomości. Spaliłybyśmy się chyba ze wstydu, gdybyśmy pokątnie zabiegały o przyjęcie siostrzenicy; to znaczyłoby bowiem, że wątpimy w jej uzdolnienia muzyczne. Ale z tego co Pani pisze, to musiało b. zmienić się w szkołach muzycznych od tego czasu, gdy ja pracowałam. Zawsze miałam wrażenie, że szkoły muzyczne to takie swoiste enklawy jeśli chodzi o etyczne postawy wśród nauczycieli...Pozdrawiam

Zgadzam się z Panią całkowicie. Nie we wszystkich placówkach artystycznych w Polsce tak się dzieje i działo, o czym nadmieniłam. Zależy to od wielu czynników i głównie od dyrektora. Bo i ludzie są różni. Gdy przeczytałam co dzieje się sz
kole muzycznej w Gostyninie, co zresztą jest udokumentowane, wróciły moje wspomnienia o nadużyciach w niektórych szkołach, w których pracowałam. Na szczęście nie doświadczyłam takiej atmosfery, kiedy byłam uczennicą w warszawskim Liceum Muzycznym. Moje najpiękniejsze wspomnienia z tamtych lat opisałam na stronach fecwis. W PPSM na Tyszkiewicza, wiele lat temu założyłam zerówki muzyczne zamiast egzaminów wstępnych. Równolegle działały na podobnej zasadzie w AM, jako pole empiryczne w trakcie moich studiów doktoranckich. I dyrekcje szkół muzycznych i uczelnia przystały na taki eksperyment. Po rocznej obserwacji udało się nam wyłonić prawdziwe talenty. Zajęcia były tak prowadzone, że muzykę integrowaliśmy z teatrem, plastyką, ruchem, dramą. Dzieci same dokonały wyboru, co chcą po tym roku obserwacji robić. Nie wszystkie chciały iść do szkoły muzycznej. Dzieciom zdolnym zajęcia muzyczne sprawiają radość a inne, które nie mają predyspozycji do tego zawodu nudzą się. W rocznej obserwacji to wszystko wychodzi. Czy nie warto zaoszczędzić najmłodszym stresu egz.wstępnego i pomyłek? Jakże jest okrutna tzw. selekcja w kolejnych klasach, w PSM różnych stopni. Małe dziecko przywiązuje się do pierwszej Pani, swojej pierwszej szkoły, koleżanek i okazuje się, że musi tę szkołę opuścić. To jest niedopuszczalne, a tak się dzieje cały czas. W niektórych szkołach muzycznych dzieci są gnębione. Dzieci przyjęte po protekcji, to precedens, na którym w sumie traci tylko dziecko, chyba, że faktycznie jest zdolne. Moje zerówki zamiast egzaminów wstępnych, które to egzaminy były, są i będą fikcją,wyeliminowały by takie patologie. Bo czy można wiarygodnie ocenić dziecko, które widzi się po raz pierwszy?

Jestem tak zachwycona podjęciem przez Panią Profesor tego wątku, że pragnę tę naszą rozmowę na jakże ważny temat wpisujący się w wykluczenie muzyczne przenieść na strony serwisu FECWIS. Na FB, za moment, staną się one niewidoczne, a nasze głosy musimy zachować jednak dla potomnych. Pozdrawiam najserdeczniej:)

Izabela Dębicka
Pani Lidio, proszę do mnie nie mówić profesor, bo nie posiadam takiego tytułu:) Będzie mi miło, gdy będzie Pani do mnie mówić po imieniu. Ja również z wielką przyjemnością czytam Pani artykuły i komentarze. Przymierzam się też do napisania
krótkiego artykułu, w którym opowiedziałabym jak kiedyś prowadziłam lekcje gry na fortepianie w kl. I-ych SM I st. , opierając się na koncepcji Pani metody. „Bajka o Piosence i nutkach bardzo uatrakcyjniła zajęcia,i wszystkie dzieci, dosłownie wszystkie, chętnie przychodziły na lekcje. Jeśli chodzi o klasy zerowe w szkołach muzycznych, to bardzo dobry pomysł. Też tak uważam, że te wstępne egzaminy bywają b. stresujące. W sumie to zastanawiam się, poco robić takie drobiazgowe, nierzadko wieloetapowe egzaminy wstępne, kiedy to b. szybko można wyłapać,cxzy dziecko ma poczucie rytmu, wrażliwy słuch wysokościowy, pamięć muzyczną, motorykę, procesy poznawcze. Poza tym u małych dzieci mogę jeszcze nie rozwinąć się wszystkie dyspozycje (p. psychologia rozwoju zdolności muzycznych) a za jakiś czas, przy odpowiedniej stymulacji, rozwinąć się do poziomu ponadprzeciętnego. Widziałam to b. wyraźnie wśród dzieci, z którymi pracowałam w klubach osiedlowych. Okazywało się, że nawet po 9 r.ż. u dzieci następował tak duży skok w rozwoju określonych dyspozycji muzycznych, że w końcu dostawały się do SMII st. W szkole, do której zdawała w tym roku moja siostrzenica też był dość nietypowy egzamin. Najpierw zorganizowano kilka zajęć grupowch, w trakcie których dzieci poddawano obserwacji (każde z nich było numerkiem) i ocenie.A w drugim etapie, badano kandydatów indywidualnie. I było mi b. przykro patrzeć, jak moja siostrzeniczka nagle zaczęła bać się tego indywidualnego badania i zaczęła płakać; z egzaminu też wyszła z płaczem, twierdząc, że w jakimś zadaniu poszło jej gorzej i "pani spojrzała się na nią krzywo"...Tak mi było przykro na to patrzeć... Zawsze była taka radosna i spontaniczna, a tu takie nieprzyjemne doświadczenia... Pytam się, po co aż tak rozbudowany ten egzamin, skoro w kilka minut można oszacować poziom uzdolnień? Pani pomysł zerówek muzycznych uważam za najlepsze rozwiązanie.Przy okazji można wychwycić, czy dziecko rzeczywiście chce uczyć się muzyki, czy może robi to dla rodziców? Zgadzam się, że w niektórych szkołach muzycznych dzieci bywają gnębione przez nauczycieli Choć ja najlepiej wspominam nauczycieli ze szkoły muzycznej (a nie np. SP), to muszę przyznać, że już jako nauczyciel byłam świadkiem b. surowego traktowania małych uczniów. Niestety, wielu nauczycieli nie ma elementarnego przygotowania psychologicznego i pedagogicznego i często powielają zachowania swoich nauczycieli. PS. Zdaje się, że tu mamy nieco odmienne stanowisko co do czasu potrzebnego do ustalenia poziomu uzdolnień. W sumie to wychodzę z założenia, że dziecko jest w stanie b.dużo osiągnąć, bo jego mózg jeszcze cały czas się rozwija. Zatem jeśli na wstępnym nie wypadnie perfekcyjnie, to jeszcze nie znaczy, że później będzie miał b. wysokie wyniki... B. dużo też zależy od nauczyciela, jego podejścia, wyczucia, intuicji, empatii no i wiedzy metodycznej...Natomiast w trakcie takich zajęć zerówkowych można prześledzić dynamikę zmian u malucha i postawić w przybliżeniu prognozę co do dalszych postępów w kształceniu. mogą tu przy okazji wyłonić się także sprawy nerwicowe, które mogłyby utrudniać naukę...Trochę się rozpisałam, a tu późna pora. C.d.n. Pozdrawiam bardzo serdecznie

Witam i dziękuję z całego serca za słowa skreślone w Pani komentarzu. Cieszę się, że dołączyła Pani, Droga Pani Izabelo do zwolenniczek zerówek muzycznych działających przy wszystkich szkołach artystycznych zamiast egzaminów wstępnych. Wspierał mnie w walce o założenie takich zerówek prof. Andrzej Rakowski mając na uwadze również dobro dziecka. Już cieszę się i nie mogę doczekać artykułu Pani autorstwa o zajęciach w/g mojej metody. Jestem niezmiernie szczęśliwa, jak dowiaduję się, że nauczyciele, metodycy a nawet rodzice korzystają z moich książek. Pozdrawiam najserdeczniej a cenne Pani słowa, tak jak poprzednie, uwieczniam na stronach FECWIS:)

Powiązane filmy z Google Video

Loading...
Loading...