Kanał RSS
Kanał RSS

Głodne myśli. Głodne dusze. Głodne serca.

By lepiej zrozumieć.

 

Nieśmiało otwierasz oczy. Jest ranek. Zza okna dobiega radosny świergot ptaków. Nie słyszysz go. Przepełniają Cię głodne myśli. Przychodzą automatycznie. Nie masz na to wpływu. Czy dziś się uda? Musi się udać. Postaram się, tak bardzo się postaram. Będę walczyć do upadłego…

Całe Twoje wnętrze przepełnia choroba. Płynie z krwią, z impulsami. Jest wierna, nigdy Cię nie opuszcza. Towarzyszy Ci nieustannie przez cały dzień – w pracy, w szkole, wśród bliskich, w modlitwie. I zawsze obiecuje, że nigdy Cię nie opuści. „Czuję się zniewolona jak jakaś marionetka, a ktoś inny pociąga za sznurki”1.

Nie znasz siebie. Nie wiesz kim jesteś, jaka i jaki jesteś. Nie możesz sobie ufać. W niczym. Czasem czujesz, że masz podwójną osobowość, a podział sił i przywilejów między „normalnością” a „zniewoleniem” nie przypada niestety po równo.

Pojawiają się jednak przebłyski. Przychodzą zazwyczaj spontanicznie, nieoczekiwanie – w postaci pomocnej dłoni, słów wsparcia czy miłego gestu. Pomagają. Nabierasz nadziei. Chwilami potrafisz przenosić góry, ale chwile są ulotne…A potem przychodzi jeszcze większe rozczarowanie i boleśniejsze upadki. Czołgając się między porażkami odczuwasz wyłącznie wstyd, upokorzenie, wstręt, nienawiść i brak szacunku wobec siebie, bo przecież to Twoja wina, przecież trzeba się było bardziej postarać, przecież inni mają większe problemy…Czysty znienawidzony egocentryzm. Gdy emocje opadną, doskonale zdajesz sobie sprawę, że „paradoksalne kochasz i nienawidzisz tylko siebie”2.

Towarzystwo choroby powoli staje się Twoją jedyną rozrywką. Jak długo można stosować wymówkę, że masz problemy żołądkowe, trudny egzamin czy inne obowiązki? Zaczynasz unikać spotkań z bliskimi. Zaczynasz bać się całego świata. Łatwiej schować się w domu, albo po prostu uciec – w sen, w pracę, w beznamiętne gapienie się w telewizor. Ostatecznie, mniej lub bardziej świadomie i tak uciekasz w chorobę. Czy ją się wybiera? Nie – ona wybiera Ciebie.

Dopiero w pewnym momencie zaczynasz akceptować fakt, że to jest choroba. Niezależnie od tego, odczuwasz jednak permanentne pretensje wobec siebie. Choroba ta nie przyszła znikąd, nie przeleżysz jej w łóżku i nie wyleczysz antybiotykiem. Ona jest w Tobie, w każdym zakamarku. Bliscy również biją się ze skrajnymi emocjami wobec Ciebie. W końcu oni też zmęczeni upadają w ferworze walki, przestając wierzyć, że się uda. Przestają wierzyć w Ciebie. Samotność przygnębia coraz bardziej.

Nie potrafiąc wstać, choćby na chwilę, Twoja głodna dusza krzyczy rozpaczliwie: Niech mnie ktoś z tego wyciągnie, niech mi ktoś pomoże! Ktoś może usłyszy, inny zatka uszy… Ty żebrzesz nadal. „Każdego dnia szukam pomocy u ludzi…Czekam na kogoś, kto stanowczo powie NIE (…), kogoś, kto zawalczy o mnie i o moje życie. Ale czy tacy ludzie istnieją? Kogo obchodzi, że ja cały czas walczę sama i już nie mam siły”3? Z upływem czasu krzyk wydaje się być coraz mniej intensywny, coraz słabszy, aż w końcu ucicha.

Powoli paradoksalnie uświadamiasz sobie, że nikt Cię nie uratuje, że potrzebujesz bliskich, którzy chwilami wesprą oraz specjalistów, którzy wskażą Ci drogę, ale ostatecznie wszystko zależy od Ciebie. Czując się z góry na straconej pozycji, błądząc w przerażeniu i w świadomości, że Twoja wiara również podupadła – uciekasz – w chorobę. Ona Cię zawsze przygarnie.

„Nie ma konkretnego lekarstwa, nie ma ‘pstryk’ i ‘już po wszystkim, jestem zdrowa’…To długi proces, praca nad sobą, nad samokontrolą, nad innym spojrzeniem na siebie, na innych…pogodzenie ze sobą”4. Pomimo świadomości teorii rozstania z chorobą, perspektywa porzucenia części siebie oraz brak wiary w to, że kiedyś poczujesz, czym jest wolność sprawia, że znów upadasz pośród bezradności.

„I tak widzę i obserwuję, jak upadam coraz niżej, z pełną świadomością zła i totalnym paraliżem i niemożnością jego zaprzestania i przeciwstawienia się mu”5.

Przychodzi noc. Zasypiasz. Twoje głodne serce obiecuje: to był ostatni raz – a Ty naprawdę w to wierzysz. Naprawdę.

Czasem nie chcesz się obudzić.

Za to też się nienawidzisz.

„…ona nie odchodzi, ona zasypia i budzi się kiedy tylko przestaję być czujna, kiedy na chwilę przymknę powieki, kiedy zaczynam być szczęśliwa…przychodzi i rujnuje…więc nie łudzę się, że któregoś dnia obudzę się szczęśliwa i czysta jak łza…bo kiedy to nastąpi, to znaczy, że już skończył się ten świat…”6.

 

 

1,2,5 materiały własne
3 anoreksja-nieee.blog.onet.pl, 12.2011.
4 forum.glodne.pl, 12.2011.
6 anoreksja-help.bog.pl, 12.2011.

Komentarze

Wszystkim tym, którzy muszą się codziennie zmagać z podobnymi sytuacjami życzę nieustającej wiary we własne siły i przekonania, że już samo podejmowanie walki o każdy kolejny szczęśliwy dzień, jest zwycięstwem.A im więcej takich stoczonych walk ze swoimi słabościami, tym lepiej poznajemy siebie i mamy szansę na pełne uleczenie swoich ran, tych na sercu, duszy i ciele.

Warto zastanowić się, skąd biorą się tego typu problemy. Przecież już małe, nieświadome niczego i bezbronne dzieci mogą być chore, prawda?

Gdzie świadomość problemu rodziców??? Przecież życie ma się tylko jedno.

Zacznijmy przyglądać się temu uważniej, bądźmy bardziej wrażliwi na to co dzieje się wokół nas. Jeszcze trochę i będziemy, jak egzystujące maszyny, które nie chcą widzieć, nie chcą słyszeć...a może nawet czuć.