Kanał RSS
Kanał RSS

OSTATNI KLEZMER GALICJI

Wszyscy wiedzą, że Jacek Cygan jest znanym autorem niezliczonej ilości tekstów  popularnych piosenek i  poetą. Ale niewielu wie, że pokusił się na napisanie  dramatycznego dzieła, w którym  opisał losy  Leopolda Kozłowskiego – Kleinmana,  polskiego  muzyka, pianisty, kompozytora, dyrygenta i  ostatniego żyjącego  przedstawiciela autentycznych przedwojennych klezmerów  w Polsce.

Kiedy dostałam do rąk powieść „Klezmer” Opowieść o życiu Leopolda Kozłowskiego - Kleinmana byłam  zaskoczona.  Przyznam, że zaczęłam czytać tę książkę  bardziej z ciekawości dotyczącej samego Jacka Cygana, niż ciekawości dotyczącej losów głównego bohatera, który jak się potem okazało był przez wiele lat zaprzyjaźniony z autorem.  

Ale już po przeczytaniu pierwszej strony, wiedziałam, że jest to poruszające  i autentyczne dzieło, dramat i dokument o utalentowanym i wrażliwym  muzyku, który przeżył własną śmierć i piekło Holokaustu.

Klezmera” można pokochać.  Te wspomnienia,  opisane obrazami, czyta się jednym tchem, jakby się było naocznym świadkiem tamtych wydarzeń. Wstrząsające obrazy łagodzi muzyka, która jak  motyw przewodni  powraca w każdym rozdziale, w którym „skrzypce płaczą, a klarnet się śmieje”.

Ale obok muzyki klezmerskiej w dziele tym pojawia się też muzyka poważna i ludowa, swojska oraz wojskowa. Są nawet pieśni legionowe i fotografie nut ze słowami,  co rzadko spotyka się w beletrystyce.

Leopold Kozłowski urodził się w Przemyślanach koło Lwowa.  Były to prawdziwe, polskie kresy, gościnne, tolerancyjne, gdzie rodziny polskie, żydowskie i ukraińskie żyły w wielkiej przyjaźni. Przyjaźń tę zachowali do końca, kiedy ratowali się  wzajemnie w czasie wojny. Właśnie takie były tam rodziny jak Ulmów, Kozłowskich, którym przyszło zginąć za ukrywanie rodzin żydowskich. 

Leopold Kleinman urodził  się obdarzony darem bożym słyszenia muzyki wszędzie, w odgłosie  maszyny do szycia, szumie liści i wiatru. Dzieciństwo małego Poldka i jego młodszego brata Dolka upłynęło w inteligenckim domu,  pełnym miłości i muzyki. Dzieci uwielbiały dźwięki cymbałów, kontrabasu, skrzypiec. Ukochani rodzice,  aby chłopcy mogli rozwijać swoje zdolności  muzyczne, opłacali  im  prywatne lekcje, dowozili  do lwowskiego konserwatorium na konkursy i koncerty.   

Aż do chwili, kiedy na ziemi nastało piekło. Piękny i ciepły wrzesień 1939 roku w niczym nie  zapowiadał  nieszczęścia. Najpierw były prowokacje, wybijanie szyb w żydowskich domach, a potem  do Przemyślan weszli Rosjanie. Bajkowy świat dzieci runął w gruzach.

W czerwca 1941 roku, rozpoczęła się wojna z Niemcami. Trudno to opisać. Wywózki w bydlęcych wagonach, obozy, getta, śmierć najbliższych, najpierw został rozstrzelany ojciec, potem zatłuczona na śmierć  matka, ocieranie się braci  o własną śmierć było na porządku dziennym.

W obozie pracy w  Kurowicach Poldek  należał do obozowej orkiestry. Muzyka ratowała dzieci i wcześniej matkę.  Poldek grał dla wszystkich: dla Niemców, Ukraińców, był umierający, upokarzany, ale przetrwał.  Uratował się z  bratem dzięki ucieczce z obozu.  Trafił do żydowskiego, partyzanckiego oddziału Abrama Bauma "Bunia". Był ranny tak jak i jego brat, któremu źle zrosły się postrzelone palce, co przekreślało dalszą karierę muzyczną. 

W 1944 wziął udział w  obronie Hanaczowa  przed UPA.  W trakcie jednego z napadów Ukraińcy zamordowali małego Dolka siekierą. Mordowali zresztą każdego napotkanego Polaka, Żyda. Żywych ludzi cięli piłami, dzieci wieszali i krzyżowali na drzewach. Kazali ludziom kopać doły i układać się w nich rzędami, jedni na drugich. Głównie ofiarami byli Polacy i Polacy żydowskiego pochodzenia.

Bandyci z UPA śmiali się, jak matki zasłaniały dzieci, bo wiedzieli, że od strzałów prędzej by umarły, a tak potem ziemia bardzo długo  drżała, tryskała krwią, słychać było jęki rannych i płacz umierających dzieci pogrzebanych żywcem. To wszystko musiał przeżyć  wrażliwy chłopak, muzyk, artysta. Jakież straszliwe piętno wyryło się w jego psychice na zawsze. 

Trudno opisać rozpacz  Leopolda po śmierci brata.  Dowódca oddziału nie zezwolił, żeby Poldek sam pochował brata, ze względu na wyjątkowo drastyczny wygląd jego porąbanego ciała. Potem oddział, którego Poldek był żołnierzem, wszedł  w struktury Armii Krajowej.

Czytając Klezmera przeżywamy chwile napięcia, oglądając fotografie z tamtych pięknych a potem tragicznych lat i  czujemy gniew. Do czego zdolny jest człowiek, do czego doprowadziły zbrodnicze systemy stalinizmu i hitleryzmu.

Tak na marginesie, pragnę nadmienić, o czym pisze również Jacek Cygan, że z  Przemyślan pochodził  naczelny rabin Wojska Polskiego, Baruch Steinberg, zamordowany w Katyniu przez sowietów.

Po przeczytaniu „Klezmera” obejrzałam film The Sowiet Story.  Książka Jacka Cygana jest potwierdzeniem  sowieckiego  aparatu terroru wewnętrznego oraz współpracy między Związkiem Radzieckim i Trzecią Rzeszą przed 1941. Niemiecki nazizm był również ideologią socjalistyczną opartą jak i  sowiecki na ludobójstwie. Jak na dłoni wyłania z się z kart historii opowiedzianej przez Leopolda Kozłowskiego i opisanej przez Jacka Cygana analogia pomiędzy systemem nazistowskim i komunistycznym we wczesnych etapach II Wojny Światowej.  Pokazana jest  Wielka Czystka, Współpraca Gestapo z NKWD,  masowe deportacje prowadzone przez Związek Radziecki.

Poldek po „wyzwoleniu” nie chciał dalej  żyć. Nawet dla muzyki. Dotarł do Przemyślan, gdzie zamordowano prawie wszystkich mieszkańców, odnalazł swój  rodzinny dom i w zrujnowanym mieszkaniu, wśród walających się  na podłodze nut  i książek chciał odebrać sobie życie. Uratował go cud, a raczej przyjaciel z Armii Krajowej.

Gdyby wtedy, po „wyzwoleniu”, w swoim  ograbionym i pustym pokoju, Leopold Kozłowski odebrał sobie życie, nie powstała by jego cudowna muzyka  do filmów m. in. Stevena Spielberga, nie powstałoby, aż sześć polskich wersji musicalu „Skrzypek na dachu”, nie koncertował by w całej Europie, Stanach Zjednoczonych i Izraelu.

Leopold Kozłowski, jak podają źródła encyklopedyczne,  jest wnukiem Brandweina,  twórcy najsłynniejszej kapeli klezmerskiej w Galicji. Cała rodzina Kleinmanów była znakomitymi muzykami i  miała profesjonalne wykształcenie. Kapela  Brandweinów grała nawet u marszałka Józefa Piłsudskiego i na dworze cesarza Franciszka Józefa, a jeden z jego wujów, klarnecista - Naftule Brandwein uważany był w Ameryce  za "króla" muzyki klezmerskiej.

Z tych  dramatycznych  wspomnień opisujących życie Leopolda Kozłowskiego może powstać film i to film  wszechczasów, z najpiękniejszą żydowską muzyką. Warto w takie dzieło zainwestować póki żyje główny bohater i może podpowiedzieć, a nawet zagrać własne utwory.

Nie wiem, czy może być lepszy materiał na film niż książka „Klezmer”, która jest gotowym scenariuszem, autentycznym i  tragicznym w swojej wymowie, dramatycznie trzymającym w napięciu czytelnika jak i przyszłego widza. W taki film warto zainwestować, dla potomnych,  ku przestrodze i ocalić od zapomnienia.  

Nawet tytuł chodzi mi po głowie „Ostatni klezmer z Galicji”. Ten wstrząsający filmowy dokument  może złagodzić  muzyka, która  cytuję: „ ratuje ludzi i ocala wiarę w człowieczeństwo” i  jest  „nieodłącznym towarzyszem klezmera w chwilach grozy i wychodzenia z opresji”.


Powiązane filmy z Google Video

Loading...
Loading...