Kanał RSS
Kanał RSS

Bajka o Złotej Kaczce

autor fot.: Adam Wilhelm

Moi rodzice byli wielkimi fanami recitali fortepianowych. Pewnego razu chcieli posłuchać japońskiej artystki Kiyoko Tanaki, którą zachwycili się podczas V Konkursu Chopinowskiego. W 1957 roku Kiyoko Tanaka wystąpiła w Warszawie w Zamku Ostrogskich. Byłam wtedy małym dzieckiem i za żadne skarby nie chciałam iść z nimi na ten koncert. Nie docierały do mnie argumenty, że skoro zaczęłam uczęszczać na lekcje fortepianu, to powinnam chodzić także na koncerty i poznawać repertuar. W sukurs jednak przyszła najpiękniejsza z legend warszawskich, o Złotej Kaczce. 

Słuchałam z wypiekami na twarzy o księżniczce pokutującej w mrocznych lochach Zamku Ostrogskich i o szewczyku Lutku, który zakradł się o północy do pałacowych podziemi w poszukiwaniu ukrytych skarbów. Kiedy dowiedziałam się, że Lutek spotkał tam zaklętą złotą kaczkę, która mówiła ludzkim głosem, więcej nie trzeba było mnie namawiać. Wybiegłam jak z procy w poszukiwaniu śladów Złotej Kaczki.

Mieszkaliśmy na Brackiej, więc wystarczyło tylko przejść Nowym Światem, Ordynacką i Tamką w dół. Kiedy weszłam do Zamku Ostrogskich - oniemiałam. Piękne pałacowe sale, marmurowe schody, rzeźby, obrazy, światła i podniosła atmosfera przeniosły mnie od razu do mojego świata wyobraźni. Stałam się natychmiast księżniczką, którą za chwilkę zły czarownik zmieni w złotą kaczkę. 

Wtedy, w 1957 roku, w pięknym jak z bajki Zamku Ostrogskich, usiadłam pomiędzy rodzicami na widowni w sali koncertowej na pierwszym piętrze. Uwagę moją przykuły wielkie okna (najpiękniejsze, jakie widziałam) i błękit majowego nieba za nimi. Wreszcie usłyszałam oczekiwany sygnał, że koncert zaczyna się. Pianistkę z Japonii przywitano burzą oklasków, a ona kłaniała się i kłaniała z należnym sobie wdziękiem bez końca. W mojej świadomości otworzyła się kolejna odsłona. „Przecież to nie ja, to ona, ta pianistka jest piękną księżniczką, którą czarownik zamieni zaraz w Złotą Kaczkę. Dlatego ma trochę przymknięte oczy, bo udaje, że śpi - myślałam wtedy. 

Kiedy Kiyoko Tanaka usiadła do fortepianu, oniemiałam kolejny raz. Od pierwszych taktów zaczęła pięknie i głośno grać jakiś utwór. Myślałam, że to burza. Spojrzałam w okno, a tam dalej pogodne niebo, niebieskie jak moja niebieska sukienka. I ani jednej chmurki. Za to z tańczącymi promykami zachodzącego słońca, które wskakiwały na fortepian i na widownię, jakby też chciały posłuchać pięknej muzyki Chopina. 

O tej porze roku, wiosenne, pogodne niebo ma właśnie taki kolor. Zakochałam się wtedy w Kiyoko Tanace, w jej grze na fortepianie i tamtym, majowym kolorze nieba. Potem poszłam z rodzicami na taras i dostałam jakieś landrynki, które ojciec zawsze miał przy sobie. Po przerwie zaczęło się ściemniać. Zapalono wszystkie światła, nawet te w kandelabrach. Zaczęła się druga część koncertu, który jak każdy recital zaczynał się w zamku o dziewiętnastej. 

Patrzyłam na pianistkę, jak urzeczona. A ona dalej rozsypywała na klawiaturze „perełki”, jakby chciała odmienić swój i mój los... Ale słyszałam też w jej grze śpiew ptaków, szum wiatru, plusk wody i zbliżającego się złego czarownika, którego byłam już gotowa pokonać i obronić moją księżniczkę. Niebo stawało się coraz bardziej ciemne, a odbijające się swoim blaskiem światła pogłębiało ten mrok, który za oknami, z intensywnego granatu przechodził prawie w czerń. 

Kiedy koncert skończył się, publiczność na stojąco dziękowała Kiyoko Tanace za tak piękne wykonanie utworów Chopina. Kiyoko Tanaka kilka razy bisowała. Podobno najdłużej biłam brawo ze wszystkich, aż mnie potem bolały ręce.


Powiązane filmy z Google Video

Loading...
Loading...